MD
Misyjne drogi
zmiana stylu:
100% lub 800 pikseli

Misyjne drogi

Afrykańskie dzieci

Serce wielkie nam daj zdolne objąć świat
Panie, serce nam daj mężne w walce ze złem...


Tak śpiewamy podczas różnych spotkań modlitewnych. Takiego serca, pełnego dobroci i miłości potrzebują zwłaszcza ci, którzy mają swoje święto 1 czerwca: dzieci. Czerwiec jest miesiącem poświęconym Sercu Jezusowemu - co też przypomina nam, że serca najbardziej potrzebują najmłodsi. Oni też najbardziej spragnieni są Ewangelii - Dobrej Nowiny o Miłości.

Pragnę podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy, kilkoma refleksjami o dzieciach afrykańskich. Już od trzech lat przebywam na Wybrzeżu Kości Słoniowej i muszę powiedzieć, że jest to dla mnie wspaniała szkoła życia. Uczę się odnajdywać piękno w prostocie natury, kultury i sposobu życia tutejszych ludzi. Ich postawa wobec dzieci i sposób, w jaki najmłodsi spędzają czas, uderzyły mnie od razu.

Przede wszystkim dzieci jest dużo. Na każdej ulicy ma się wrażenie, że jest to miejsce, w którym zebrały się specjalnie. Można powiedzieć, że w jakiś sposób są wolne: nie mierzą czasu, nie mają żadnych obowiązków. Z drugiej strony są pozostawione samym sobie. Są towarzyskie, uśmiechnięte, ręce zawsze mają wyciągnięte w geście pozdrowienia, zwłaszcza wobec białych. Lubią przebywać w towarzystwie, lubią słuchać.

Na początku gnębiło mnie pytanie: czy one są szczęśliwe? Biedne, nagie, bose, nie umyte, nie uczesane, często głodne (co widać po oczach i zachowaniu), opuszczone. Wiele jest chorych. Ich zabawki to np. koła od rowerów, wózki robione z łożysk i kawałków desek, motyle, balony. Ale potem doszedłem do wniosku, że szczęście dziecka europejskiego i afrykańskiego to dwa zupełnie różne pojęcia. Tu zupełnie inaczej patrzy się na dziecko i inaczej je wychowuje.

Rodzina afrykańska to bliżej nie określona grupa z kilkunastoosobową grupką dzieci. Nie są to dzieci jednej matki (w rodzinach ˙muzułmańskich), ˙bywa też, że mają różnych ojców (zwłaszcza w wioskach, gdzie panuje jeszcze matriarchat). Ilością dzieci mierzy się siłę, bogactwo i bezpieczeństwo rodu czy plemienia. Duża liczba dzieci jest tu traktowana jako przejaw dobroci Boga, którego tu wszyscy uznają, choć w Niego nie wierzą. W takich okolicznościach dziecko nie jest, choć powinno być, owocem miłości swych rodziców. Nie należy też „w całości” do nich. Jest dzieckiem całego plemienia, tej rodziny w szerokim znaczeniu. Jest akceptowane i kochane nie od momentu poczęcia, ale od narodzin. Dopiero w tej chwili ojciec bierze za nie odpowiedzialność i przyznaje się do ojcostwa.

Zasadniczo cały ciężar opieki nad dzieckiem spoczywa na kobiecie. Przyjęte jest, że pierwsze dziecko (zwłaszcza chłopca) ofiarowuje się rodzicom ojca i to oni decydują o jego przyszłości. Od chwili, kiedy nauczy się chodzić, dziecko jest oddawane pod opiekę starszego rodzeństwa. Przebywa w dużej grupie, nikogo się nie boi, każdy może je wziąć na ręce, chodzi po wielu domostwach i nikt go nie wygoni. Rodziców nie interesuje czym się bawi i jak spędza czas.

Dzieci prawie w ogóle nie rozmawiają z rodzicami. W plemionach Yacouba i Gerr‚ dziecku nie wolno zadać rodzicom pytania „dlaczego?”. Potwierdza to jedno z przysłów: „Jeżeli mówi ojciec - słuchaj, jeżeli mówi matka - słuchaj, jeżeli mówi rówieśnik lub przyjaciel - mów”.

Bieda, ale i lenistwo rodziców są powodem tego, że niewiele dzieci z wiosek rozpoczyna szkołę podstawową. Zazwyczaj jest to najzdolniejsza dwójka lub trójka, a klasy liczą ponad 50 dzieci. Stan wyposażenia szkół i poziom nauczania to zupełnie inny problem. Pozostałe dzieci są „skazane” na ciężką pracę w polu i pomoc w znajdowaniu środków na naukę tych, którzy ją podjęli.

Brak zainteresowania i dialogu powoduje przede wszystkim to, że dzieci te są biedne przede wszystkim od strony uczuciowej. Sami rodzice też nie okazują uczuć wobec dzieci. Interweniują tylko w sytuacjach skrajnych: ciężka choroba, chuligański wybryk, śmierć. Z ich wypowiedzi można wywnioskować, że nie zależy im specjalnie na życiu dziecka; jeśli jest słabe czy chore, to niech umrze, nie będzie się męczyć i nie będzie ciężarem dla rodziny. Zresztą, dzieci jest tyle, że nie sposób wszystkich doglądać. Często rodzice nie potrafią nawet wymienić imion swych dzieci w kolejności.

Jak widać z tego, co tu napisałem, zupełnie inny jest świat dzieci afrykańskich i europejskich. Ich uśmiech, bezpośredniość i prostota dają nadzieję, że jeżeli spotkają na swej drodze Chrystusa i Ewangelię to stopniowo zmieni się ich los. Przecież Ewangelizacja powinna rzutować na kulturę jutra. Papież Paweł VI w adhortacji apostolskiej „Evangelii muntaindi” przypomniał: Na leży ewangelizować - i to nie od zewnątrz, jakby się dodawało jakąś ozdobę, ale od wewnątrz, od centrum życiowego i korzenia życia. Niewątpliwie jest to zadanie i strategia Ewangelizacji.

Jestem przekonany, że rozpoczęty Synod Afrykański, który został zwołany w celu zastanowienia się nad życiem tutejszego Kościoła i nad jego przyszłością, zajmie się również tym problemem. Również obchody Międzynarodowego Roku Rodziny, mam nadzieję, dopomogą, choć w minimalnym stopniu, w zrozumieniu tej problematyki. To przez rodziny chrześcijańskie, których w Afryce wciąż jest niewiele, biegnie nurt odnowy i zrozumienia wartości chrześcijańskich. Dzieci mają pełne prawo do szczęścia, miłości i rozwoju tak jak dorośli. Pozwólcie - i może trzeba doda „pomóżcie” - dzieciom przyjść do Mnie - to słowa wciąż aktualne.
Ks. Antoni Sokołowski

 
Copyright 2005-2011 ©
Misyjne Drogi