MD
Misyjne drogi
zmiana stylu:
100% lub 800 pikseli

Misyjne drogi

Zobaczyłem ogromną, kilkumetrową falę

O. Otton Piotr Ratajczak z prowincji św. Franciszka Asyżu Braci Mniejszych, urodzony w Iłówcu k. Poznania, od roku jest misjonarzem w Papui-Nowej Gwinei. Przeżył kataklizm, który wydarzył się tam 17 lipca 1998 r. Publikujemy list, jaki przysłał do swojego Ojca Prowincjała po tych tragicznych wydarzeniach. (MD)

Aitape, 4 VIII 1998 r.
Na pewno docierały do Was wiadomości o tragedii, jaka wydarzyła się w Papui-Nowej Gwinei. Jest to jedna z największych katastrof w historii tego kraju. Minęło wprawdzie sporo czasu od tego wydarzeniu, ale wspomnienia tamtych przeżyć wciąż pozostają we mnie żywe, gdyż brałem w nich bezpośredni udział.

Od połowy maja pomagałem właśnie w parafii Sissano na wybrzeżu, gdzie proboszczem jest 76-letni Włoch - o. Giles. Ojciec Giles jest bardzo schorowany i co jakiś czas musi jeździć do Aitape, aby się pod leczyć. Tak też było i tym razem. Od pewnego czasu duszpasterzowałem sam w parafii liczącej ok. 6 tysięcy ludzi. Tragedia rozpoczęła się 17 lipca 1998 r., wieczorem ok. godz. 18.30. Poczułem wtedy silne trzęsienie ziemi. Wybiegiem z domu, żeby w przypadku zawalenia się murów nie pozostać pod gruzami. Nic jednak wielkiego się nie stało. Domy wytrzymały len wstrząs, mimo że był on o wiele silniejszy od tych, które do tej pory przeżywali mieszkańcy tych okolic. Przez kilka minut rozmawiałem z parafianami z okolicznych domów i wróciłem do domu. Kilka minut później katechista powiadomił mnie, że w kościele pospadały figury z ołtarza i potłukły się. Wziąłem więc lampkę (o tej godzinie w Papui jest juz dość ciemno) i poszliśmy do kościoła, aby trochę posprzątać. Po chwili usłyszeliśmy duży hałas od strony oceanu, tak jakby woda gotowała się w morzu i silny wiatr. Katechista pobiegł zobaczyć, co tam się dzieje. Ja również poszedłem za nim Doszedłem jednak tylko do drzew, które oddzielały wioskę od morza. Zobaczyłem uciekającego katechistę, a chwilę potem ogromną, kilkumetrową (ok. 10 m) ścianę wody za nim. W ułamku sekundy uświadomiłem sobie, że ta ogromna fala powstała po trzęsieniu ziemi. Odruchowo zacząłem uciekać w przeciwnym kierunku. Za sobą słyszałem tylko walące się budynki i ogromna masę wody, którą po kilku sekundach zobaczyłem za swoimi plecami. Całe szczęście, że nie dopadła mnie i nie przykryła fala, bo byłoby już po mnie. Załamała się na budynkach, a mnie dosięgła już tylko sama powódź.

Dobiegłem do kanałów rzeki, która jest granicą naszej parafii. Tam spotkałem innych parafian, przerażonych i nie wiedzących, co w tej sytuacji robić Woda powoli opadała - spływała do wspomnianych juz kanałów, podnosząc w nich niesamowicie poziom wody. Żeby się choć trochę uspokoić zaczęliśmy odmawiać różaniec - wyglądało na to, ze jest już po wszystkim i trzeba otrząsnąć się z przerażenia. Dopiero co zaczęliśmy modlitwę, kiedy po czuliśmy następne, równie silne trzęsienie ziemi, a po chwili znowu hałas od strony oceanu. Teraz już wiedzieliśmy co to jest nadciągała następna fala. Szybko więc wsiedliśmy do kanu (to takie małe łódki robione przez Papuasów) i przeprawiliśmy się na drugą stronę rzeki, a następnie weszliśmy na małą górkę To było najbezpieczniejsze miejsce dające szansę na przeczekanie powodzi. Przy ogniskach przesiedzieliśmy całą noc. Była to długa noc, pełna obaw i strachu o własne życie. Tym bardziej, że co kilka godzin następowały kolejne trzęsienia. Nie tak silne jak pierwsze, ale na nowo wzmagały strach.

Następnego ranka powróciliśmy, żeby dokładnie zobaczyć, co się stało i jakie są straty. To, co ujrzeliśmy, przerosło wszelkie nasze wyobrażenia. Z wioski, w której mieszkaliśmy, nie zostało nic. Kościół, nasz dom, szkoła misyjna, szpitalik wszystko kompletnie zrujnowane Fala zmyła z powierzchni ziemi dosłownie wszystko. Obszedłem najbliższe wioski. Tam pozostały jedynie nieliczne ruiny domów. Wielu ludzi było potopionych, niektórych wygrzebywano spod zawalonych domów. Największe wrażenie wywołał na mnie widok utopionej matki z czworgiem dzieci. To oni przede wszystkim (matki z małymi dziećmi) są ofiarami tej tragedii. Nie zdążyli nie mieli szans na ucieczkę. Około południa popłynąłem małą łódką z silnikiem do Aitape, aby powiadomić o tym, co się stało. Radio i telewizja australijska podawała juz komunikaty i rozpoczęła się akcja niesienia pomocy. Z Australii samoloty zaczęły błyskawicznie przywozić lekarstwa i żywność. Przyleciało też kilku lekarzy i wolontariuszy do pomocy przy chorych.

Korzystając z okazji, że ekipa telewizji leciała helikopterem do Sissano, wraz z administratorem diecezji polecieliśmy również. Po drodze zatrzymaliśmy się w wiosce Warapu, która liczyła ok. 2500 mieszkańców. Była to najbardziej wysunięta wioska naszej parafii. W tym miejscu, gdzie przedtem mieszkali ludzie, nie pozostało dosłownie nic. Same tylko drzewa. Gdybym przedtem nie wiedział, że tam była wioska, to nigdy bym się nie domyślił. Woda zmiotła dosłownie wszystko do laguny (jezioro powstałe na skutek trzęsienia ziemi), w której pływają teraz resztki domów i wiele ludzkich ciał. Na lądzie widziałem również wielu ludzi potopionych, niektórzy byli porozdzierani przez połamane drzewa. Widziałem również ludzi, którzy zakopywali swoich bliskich. Niektórzy stracili całe rodziny. Polecieliśmy dalej do samego Sissano. Tam przy polowym lotnisku byli już lekarze i pielęgniarki. Przyleciał też biskup z sąsiedniej diecezji Vanimo i przez cały dzień pozostał razem z tymi ludźmi. Poszedłem na wspomnianą już wcześniej górkę, gdzie w dalszym ciągu siedzieli nasi parafianie. Bali się wracać. Byli przerażeni tym wszystkim. Wracając z powrotem zabraliśmy z mężczyznami kilku rannych z połamanymi nogami i rękami. Gdy dotarliśmy do lekarzy z tą pierwszą grupą rannych, przyleciały dwa helikoptery i zaczęły „ściągać” chorych z góry. Po wstępnych oględzinach przez lekarza i opatrzeniu ran, pacjenci wysyłani byli samolotami do najbliższych szpitali. Przez cały dzień krążyły trzy samoloty, aby odtransportować rannych. Nasze zadanie i pomoc, jaką w tym momencie mogliśmy okazać tym ludziom, to obecność wśród nich oraz sprawowanie sakramentu pojednania i namaszczanie olejami świętymi. Przez cały dzień mieliśmy z ks. Biskupem dużo roboty. W takich warunkach nie było mowy o Mszy św. W przerwie między kursami samolotów ks. Biskup odmówił modlitwę, polecając wszystkich poszkodowanych Bożej opiece. Tego dnia przyleciał również szef rządu Papui oraz arcybiskup ze stolicy kraju.

W tym kataklizmie straciłem wszystkie swoje rzeczy osobiste, nie licząc odzieży, którą miałem jeszcze w Aitape. Ale cóż to jest w porównaniu z tym, że żyję? Dla mnie jest to cud. W tych kategoriach patrzę na to. Wierzę, że tylko dzięki Bożej opatrzności jeszcze żyję. Od tego dnia żyję u Pana Boga „na kredyt”. Katechista, z którym uciekałem przed falą, nie miał takiego szczęścia. Jego ciało znalazłem w niedziele rano. Tyle o moich przeżyciach.

Jak wygląda sytuacja dzisiaj?

Po trzęsieniu ziemi fala o wysokości 7-10 m. wtargnęła na ląd na długości 20 kilometrów. Bez dachu nad głową i bez jakichkolwiek środków do życia zostało ok. 8000 ludzi. Oficjalnie podaje się, że życie straciło 1600 osób. Odnaleziono ok. 3000 żyjących, a co z resztą się dzieje - nie wiadomo. Na pewno część ukryła się w buszu, ale przypuszcza się, że wielu ciał jeszcze nie odnaleziono i jest na to nikła szansa. Dlatego obecnie, z obawy przed epidemią, która może pociągnąć za sobą wiele ofiar, cały teren zamknięto. Na jak długo, trudno powiedzieć.

Jak wygląda nasza praca w tych warunkach?

Ludzi, których odnaleziono - tych żyjących, rozmieszczono w specjalnych obozach, próbując zapewnić im opiekę lekarską i wyżywienie. My natomiast podzieleni jesteśmy na kilka grup, po kilka osób: kapłan, siostra zakonna, świecki misjonarz, studenci z uniwersytetu w stolicy, czasem także kleryk. Razem jesteśmy z tymi ludźmi przez cały tydzień i pomagamy im jak tylko potrafimy i czym możemy służyć - przede wszystkim duszpastersko. Po tygodniu wracamy do Aitape na dwa dni odpoczynku, po czym udajemy się do następnej grupy. Jak długo potrwa taka sytuacja, nie wiadomo. Mówi się o zamknięciu na stałe terenu objętego katastrofą ze względu na częste trzęsienia ziemi w tym rejonie. Duże problemy będą ze znalezieniem nowego miejsca dla tych ludzi. Może przeprowadzą się do swoich krewnych w inne regiony? Trudno jeszcze cokolwiek wyrokować.
O. Otton Piotr Ratajczak OFM

 
Copyright 2005-2011 ©
Misyjne Drogi