MD
Misyjne drogi
zmiana stylu:
100% lub 800 pikseli

Misyjne drogi

Busz jest zawsze tajemnicą

Galeria
(Kliknij, aby powiększyć)
Ks. Marek w otoczeniu parafian
Odwiedziny Księdza Prymasa w Papui Nowej Gwinei
Ksiądz Prymas w otoczeniu misjonarzy
Papuasi potrafią być bardzo serdeczni
Wspomnienia fideidonisty z Papui Nowej Gwinei
Ksiądz Marek Doszko (ur. 1955 r.) jest kapłanem diecezji warszawsko-praskiej, obecnie proboszczem w parafii Siennica k. Mińska Mazowieckiego. W latach 1988-1996 pracował jako misjonarz w Papui Nowej Gwinei. Stamtąd udał się na roczne studia biblijne do Jerozolimy, a od czasu powrotu do kraju jest duszpasterzem, który w 2004 r. został jednym z 12 laureatów konkursu „Proboszcz Roku”. (MD)

Na Nową Gwineę wyjechałem w 1988 r. W tamtych czasach wyjazd na misje był kojarzony z wielką przygodą oraz z wyrwaniem się z zamkniętego bloku sowieckiego. Byłem wikarym w ówczesnej archidiecezji warszawskiej. Chciałem wyjechać na misje już w 1984 r., trzy lata po święceniach. Zawsze pociągała mnie odmienność kulturowa, szeroki świat, wyzwanie związane z innym spojrzeniem, z innymi celami, nie w znaczeniu przygody, lecz spotkania z drugim człowiekiem. Przez trzy lata składałem podania, ale za każdym razem ksiądz Prymas mi odmawiał, mówiąc: „Popracuj najpierw w diecezji”.

W 1987 r. rozpocząłem przygotowania w Centrum Formacji Misyjnej (CFM) i, szczerze mówiąc, dopiero tam dowiedziałem się o encyklice Fidei donum. Dotarło do mnie, że jestem księdzem fideidonistą i zacząłem głębiej zdawać sobie sprawę z tego, co dla mnie, księdza diecezjalnego, znaczy wyjazd na misje.

Dyrektor CFM, ks. Henryk Kowalski zapytał mnie, dokąd chcę jechać. Odpowiedziałem: „Na misje”, bo nie miałem absolutnie żadnych własnych pomysłów, gdzie i dlaczego. Po ustaleniu, że najbliższy jest mi język angielski, ks. dyrektor przedstawił mi zaproszenia z Ugandy i z Papui Nowej Gwinei. Odpowiedź kapłana, który chce wyjechać na misje, jest bowiem w sposób formalny ukierunkowana pod kątem potrzeb. To nie jest tak, że wyjeżdżam, bo chcę, a tam nie ma pracy. Wtedy też pierwszy raz usłyszałem o Papui Nowej Gwinei. Znalazłem książkę pt. Z kraju kamiennej siekiery. Misjonarze werbiści o Nowej Gwinei. Po jej przeczytaniu podjąłem męską decyzję i ksiądz dyrektor pokazał mi umowę do podpisania oraz list od arcybiskupa Michaela Meiera SVD z Nowej Gwinei. W przypadku fideidonisty biskup z misji podpisuje umowę z misjonarzem oraz z ordynariuszem jego macierzystej diecezji. To były czasy wielkich trudności z wyjazdem z Polski. W każdym razie paszport dostałem.

Muszę podkreślić, że aczkolwiek w tamtych czasach jeszcze niewielu księży diecezjalnych wyjeżdżało na misje z Polski, nie byłem wyjątkiem. Ksiądz Prymas zgadzał się na nasze wyjazdy. Rok wcześniej do Nowej Gwinei wyjechał ks. Ryszard Mossakowski, który był także fideidonistą z archidiecezji warszawskiej. Kilka miesięcy przed urlopem zginął tam w wypadku samochodowym. Pracowaliśmy w górach, a on jechał nocą przez busz, po zboczu, samochodem załadowanym cementem i materiałami do budowy. Runął w stumetrową przepaść. W 1988 r. do Ugandy wyjechało też dwóch innych fideidonistów z archidiecezji warszawskiej: ks. Adam Szkópt i ks. Bogdan Giertuga.

Trzeba przyznać, że nawet najlepsze przygotowanie teoretyczne do misji weryfikuje się dopiero na miejscu, kiedy misjonarz staje wobec zupełnie innej kultury i mentalności miejscowych ludzi. Najdłużej można walczyć kulturowo do trzech miesięcy. Będąc wśród tych ludzi, jedząc z nimi, słuchając i nauczając ich, jeżeli się tego przez trzy miesiące nie kliknie, to trzeba wyjeżdżać. I byli tacy, którzy wyjeżdżali. Po roku wchodzi się już całkowicie w tamten świat. Kiedy się patrzy na Papuę Nową Gwineę z perspektywy 18 tysięcy kilometrów, to wszystko jest dżunglą. Gdy zaczynałem pracę, dla nas, Polaków, nie stanowiło problemu to, że trzeba było 10 godzin iść pieszo czy 4 godziny jechać samochodem do ludzi. Okazywało się, że radziliśmy sobie w każdych warunkach, mieliśmy najżywszy kontakt z miejscową ludnością. Mamy na Papui Polaka, który jest wicerektorem w Wyższym Seminarium Duchownym w Port Moresby, inny Polak jest prezesem ważnej organizacji biblijnej na całą Oceanię. Prowincjałem oo. werbistów na Nowej Gwinei też był Polak.

Moje pierwsze spotkanie z Papuasami było dość ciekawe. Wyjechałem z kraju, gdzie na półkach sklepowych stały tylko musztarda i ocet. Kiedy wylądowałem w Mount Hagen i zobaczyłem supermarket prowadzony przez Australijczyków, gdzie pasta do zębów pochodziła z sześciu krajów, nie bardzo mi to pasowało do moich wyobrażeń o misjach. Byłem zdziwiony, bo po drogach przemykali ludzie ubrani w liście, z kamiennymi siekierami w dłoniach, a tuż obok w mieście dostępne były rzeczy, których nie było w moim europejskim kraju. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że Papuasi nigdy nie przeżyli wojny. Widzieli samoloty japońskie podczas II wojny światowej, ale nie musieli walczyć o swoją niepodległość. Dostali ją od Australijczyków w 1975 r. Nie było tam więc nigdy napięć między białymi a miejscową ludnością. Papuasom cywilizacja do dzisiaj jest jednak obca. Potrafią wiele opowiedzieć o wiosce, o zwyczajach, o szczepach, o walkach plemiennych.

Moja parafia była położona w górach, w interiorze Papui Nowej Gwinei, w diecezji Mount Hagen (WHP). Liczyła 13 tysięcy mieszkańców, w tym 6,5 tysiąca katolików na obszarze o długości ok. 40 kilometrów. Moi parafianie z chrześcijaństwem zetknęli się w 1948 r., kiedy zobaczyli pierwszego misjonarza, Holendra, o. Jerry’ego Busa. Główną stację misyjną miałem w Banz, skąd obsługiwałem też pięć stacji dojazdowych. Pochodzący z Bawarii abp Michael Meier był dla Polaków bardzo życzliwy i otwarty. Pomagał nam zdobywać fundusze, jak choćby na niezbędny tam samochód terenowy. Przygotowywaliśmy ludzi do sakramentów, tworzyliśmy gazetkę parafialną, co miesiąc grupa rekolekcyjna prowadziła rekolekcje w jednej z dwunastu wiosek na terenie parafii, aby każda wioska mogła odbyć je raz w roku. Mieliśmy do pomocy 30 szafarzy Eucharystii i 27 katechistów.

Chrześcijaństwo w pojęciu Papuasów, oczywiście w dużym uproszczeniu, to życie wygodniejsze, lżejsze, bez chorób, życie z duchami, które są bardziej oswojone niż ich własne duchy. Sam Chrystus jest dla nich Bogiem, ale ich religijność nie jest teocentryczna. Jest to świat wierzeń i relacji z duchami przodków, duchami przyrody (masalaje, sanguma). Duchy dobre pomagają, inne są mrukliwe, zadziorne, szkodliwe i trzeba je ułaskawić.

Misjonarze protestanccy kładli zawsze nacisk na znajomość Biblii, natomiast dla katolików najważniejsza jest Eucharystia i te różnice widać u Papuasów w zależności od tego, z jakimi misjami mieli kontakt. U kapłanów widzą oni przede wszystkim moc (a power, w lokalnym języku pisin: pawa). Dla nich ta moc oznacza przede wszystkim, że misjonarz nie choruje, nie ma wrzodów, nie chodzi głodny. Co ciekawe, praca nie ma nic wspólnego z tym, że mam co jeść. To jest sprawa duchów. Jako ksiądz jestem bliższy duchom i te duchy o mnie dbają, bo ja dbam o nie, a one odwdzięczają mi się dobrem. Papuasi są bardzo konkretni. Dla nich pytanie „Czy kochasz swoją żonę?” znaczy tyle samo co „Ile masz dzieci?”. Pojęcie pokuty za grzechy też jest dla nich bardzo konkretne. Na przykład w Wielkim Poście trzeba było zbudować most. Kto budował, poszedł po rozgrzeszenie. Jak ktoś nie pracował, katechista go zatrzymywał.

Dla mnie misja to przede wszystkim praca u podstaw, organizowanie wszystkiego, zaczynając od nabożeństwa w kościele a kończąc na szpitalu, szkole itp. To nie tylko odprawianie Mszy św., ale też uczestniczenie w decyzjach rady szkolnej. Byłem zdziwiony, że ci ludzie tak chętnie zapraszali mnie do udziału w sprawach ich życia. Myślałem, że przyjdą na Mszę św., pomodlą się i pójdą, a tymczasem oni nie tylko zapraszali mnie do siebie, ale też bardzo chętnie mi pomagali.

W odniesieniu do encykliki Fidei donum, trzeba przyznać, że na misjach zakonnikom jest nieco łatwiej niż księżom diecezjalnym, ponieważ mają oparcie w swoich wspólnotach. W naszej diecezji na Nowej Gwinei pracowali przede wszystkim werbiści. Jednak w życiu codziennym nie było między nami różnic. Wszyscy traktowaliśmy się na równi. Odwiedzaliśmy się nawzajem, pomagaliśmy sobie w załatwianiu różnych spraw. Na uroczystości, urodziny itp. zawsze zapraszało się wszystkich misjonarzy z okolicy. Cała diecezja była jedną rodziną.

Po ośmiu latach pracy na misjach skończyła mi się wiza. Inny ksiądz zachęcił mnie wówczas do podjęcia studiów biblijnych w Instytucie „Ecce Homo” w Jerozolimie. Po roku wróciłem do Polski i zacząłem prowadzić lektorat j. angielskiego, a potem wykłady z religiologii w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Warszawsko-Praskiej na Tarchominie. Rozpocząłem studia doktoranckie na wydziale religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Podjąłem też pracę jako proboszcz, najpierw w parafii w Błotach pod Warszawą, później w Warszawie-Falenicy, a obecnie od października 2006 r. w Siennicy.

Używam niekiedy porównania, że do nowej parafii wchodzi się jak do buszu. Busz jest zawsze tajemnicą. Chociażby się go znało, nigdy nie wiadomo, co jest dalej. To jest jak wypłynięcie okrętem. Kto zaręczy, że się dopłynie? Trzeba mieć cel, ale po drodze jest wiele niewiadomych. Podobnie jest z parafią. Kiedy podejmuje się pracę na nowej placówce, wszystko jest nowe. Do parafii wchodzi się jak do buszu – nie w takim znaczeniu, że jest dzika, ale ponieważ nigdy nie można niczego kopiować, nie można czytać przez kalkę.

Z pewnością z misji wraca się innym człowiekiem, bardziej twórczym, otwartym. I myślę, że misjonarzem zostaje się do końca, ponieważ już zawsze będę miał inne spojrzenie na wiele spraw. Misjonarzowi łatwiej jest zrozumieć inność drugiego człowieka, łatwiej przychodzi oddramatyzowanie problemów, które ludziom wydają się czasem nie do pokonania. W sercu misjonarza chyba zawsze pozostaje też nostalgia za dalekimi misjami. To dlatego odwiedziłem już moje papuaskie owieczki. Do dzisiaj utrzymuję kontakty z misjonarzami. Czas spędzony na misjach bardzo głęboko odciska swoje znamię na całej osobowości człowieka, który jest darem dla innych w znaczeniu, jakie Pius XII nadał temu w swojej encyklice Fidei donum.
Ks. Marek Doszko

 
Copyright 2005-2011 ©
Misyjne Drogi